Szampan stale się mrozi – Rozmowa z  LUDWIKĄ CHEWIŃSKĄ rekordzistką Polski w pchnięciu kulą

2018-09-18 1:30:36

(Rozmowa z  LUDWIKĄ CHEWIŃSKĄ rekordzistką Polski w pchnięciu kulą)
– Ludwika Chewińska zadeklarowała, że po pobiciu jej liczącego ponad 42 lata rekordu Polski w pchnięciu kulą podaruje butelkę szampana nowej rekordzistce kraju.

Tymczasem mija kolejny lekkoatletyczny sezon i ….

– ….szampan się mrozi. Mistrzyni Europy Paulina Guba była w tym sezonie blisko, ale troszeczkę jej zabrakło. Myślę, że to właśnie ona jest najbliższa poprawienia tego rekordu i wcale się z tego faktu nie martwię. Wręcz odwrotnie, pierwsza pospieszę z gratulacjami, strzeli korek od szampana.

– A jak to było z rzutem Krystyny Danilczyk-Zabawskiej, która w roku 1996 pchnęła podobno o kilkanaście centymetrów dalej od Twojego rekordowego osiągnięcia, ale ten rekord nie figuruje w żadnych zestawieniach?

– O oficjalnym komunikacie po tych zawodach nie ma tego wyniku Krysi, bo kula, którą pchnęła jakoś… zaginęła. Nie wiem, może skryła się gdzieś w trawie…

– Tak więc 26 czerwca 1976 roku, to data najstarszego w historii polskiej lekkoatletyki krajowego rekordu autorstwa Ludwiku Chewińskiej. Ten rekord zaczyna obrastać już legendą. choć w tym samym roku, nie podbite do dziś rekordy ustanowili też : Irena Szewińska na 400 m i  Bronisław Malinowski na 3 km z przeszkodami.

– To prawda choć oni, Irena w lipcu, a  zwłaszcza Bronek uczynili to troszeczkę później. Ja swój rekord (19.58 m) ustanowiłam podczas Mistrzostw Polski w Bydgoszczy. Już trzy dni wcześniej na Memoriale Janusza Kusocińskiego sygnalizowałam niezłą dyspozycję. Samo rekordowe pchnięcie nie wydawało mi się aż tak dobre, zwłaszcza technicznie. Chciałam go nawet w pierwszej chwili spalić przekraczając, linię kola, ale mój mąż i trener jednocześnie Andrzej Chewiński miał dobre oko i krzyknął z trybun – „Trzymaj”. W taki oto sposób zostałem rekordzistką najstarszego krajowego rekordu lekkoatletycznego.

– Dlaczego dziewczyna z Mazur, raczej filigranowa, bo przecież nie obdarzona typowymi dla kulomiotek warunkami fizycznymi, wybrała taką właśnie dyscyplinę sportu? Jak to się wszystko zaczęło?

– Byłam dziewczynką ruchliwą, sprawną, pełną energii. Sport zaczynałam uprawiać od czwórboju lekkoatletycznego, jeszcze w szkole podstawowej w Kazanicach, Biegałam, skakałam w dal i  w wzwyż i rzucałem piłeczką palantową. W siódmej klasie potrafiłam nią machnąć sześćdziesiąt metrów. Doszłam w tej specjalności dwukrotnie do pierwszego miejsca na zawodach powiatowych w Nowym Mieście Lubawskim. Potem już w szkole zawodowej w Malborku, podczas zawodów międzyszkolnych mój nauczyciel wychowania fizycznego wspaniały człowiek, Stanisław Wysoczyński powiedział „ Ludwisiu nie mamy nikogo w pchnięciu kulą. Spróbujesz, wystartujesz….” Nie ma sprawy ” – opowiedziałam. Pchnęłam 9.80 m, przekraczając linię oznaczającą wyniki pomiarów. Były okrzyki podziwu, owacja na stojąco. Profesor pogratulował i zapowiedział, że od tej pory po pierwsze – kula, a potem mogą jeszcze sobie startować w biegach. Opowiedziałam jako uczennica grzeczna i pogodna:” Dobrze, nie ma sprawy” i tak to się właśnie zaczęło, od pierwszego rekordu życiowego 9.80 m. Stanisław Wysoczyński przekonał mnie, że sport, oczywiście obok nauki, może być fajnym pomysłem na życie dla młodych ludzi. Zaczęłam jeździć na zawody, m.in. do Sopotu, systematycznie poprawiać swój rekord w pchnięciu kulą.

– Były też próby w rzucie dyskiem, a rekord życiowy 55,24 m. dał nawet brązowy medal w tej konkurencji na MP?

– To prawda, ale początki w tej specjalności, w moim przypadku, były zabawne. W e wspomnianym Sopocie dostałam polecenie, aby wystartować w rzucie dyskiem. Odpowiedziałem ok., pytając tylko, czy ma być to rzut z obrotem, bo nigdy wcześnie dyskiem nie rzucałam. Wykonałam więc zamiast dwóch obrotów jeden i dysk wylądował gdzieś w pobliskim lasku. Przerażony trener powiedział żebym w następnej próbie nie wykonywała już obrotu tylko rzuciła z miejsca. Byłam lekko przerażona tą pierwszą próbą, ale wykonałam polecenie trenera i sędziowie odnotowali moją pierwszą odległość. Rzuciłam wtedy z miejsca chyba 28.70. Czasem wyniki w dysku było coraz lepsze, aż do wspomnianego ”brązowego”
55, 24 już z obrotami. Łączyłam te dwie konkurencje, bo takie były wymogi popularnej wtedy klubowej rywalizacji, ale łatwe to nie było. Pracowały inne grupy mięśni, inna była technika samego wykonania pchnięcia i rzutu. Z jednej konkurencji biegałam więc na drugą, bo takie były punktowe potrzeby klubu, a ja swoje klubowe barwy, w których aktualnie startowałam , starałam się doceniać i szanować.

-Ile tych klubów było?

– Cztery: MKS Malbork. Lechia Gdańsk, Gwardia Olsztyn i Gwardia Warszawa. W Olsztynie najpierw jako trener, a potem i  mąż, prowadził mnie trener Andrzej Chewiński i doprowadził do rekordu Polski. Natomiast występy w stołecznym klubie łączyłam ze studiami w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Sportowe występy, czy to w klubie, czy w reprezentacji kraju zakończyłam w roku 1983, zostałem nauczycielem wychowania fizycznego, pracując w kilku warszawskich szkołach, ucząc m.in. takie asy krajowego sportu jak Kamila Skolimowska, Krzysztof” Diablo” Włodarczyk, czy bracia Grzegorz i Paweł Skrzeczowie.

– Sportowa kariera godna pozazdroszczenia i nie myślę tu tylko
o  najstarszym rekordzie Polski, któremu stuknęło już 42 lata. Ludwika Chewińska zdobyła aż 16 tytułów mistrzyni Polski (11 na odkrytym stadionie i 5 w hali), zdobyła srebrny medal na halowych ME w Rotterdamie(1973), była wielokrotną reprezentantką Polski w popularnych wtedy zwodach międzypaństwowych i wreszcie – a może przede – olimpijką na Igrzyskach w Monachium (1972). Olimpiadzie, na której złowrogi cień rzucił atak na sportowców Izraela terrorystycznej organizacji palestyńskiej „Czarny Wrzesień”. To było traumatyczne przeżycie…

– Oczywiście, że tak. Były śmiertelne ofiary tego zamachu, wioska olimpijska otoczona czołgami. Nie ma co ukrywać, że my, jako polska reprezentacja, też się baliśmy, Gospodarzom olimpiady udało się jednak w miarę szybko opanować zagrożenie. Pamiętam uspakajające przemówienie kanclerza Willy’ego Brandta na stadionie. Igrzyska kontynuowano i  zostały dokończone. Jeśli chodzi o stronę sportową mojego występu to dostałam się do finału i zajęłam w nim ostatecznie 10.lokatę. No cóż, żartowano wtedy, że krasnoludek wszedł między wyrwidęby i chciał coś więcej zwojować. Jest faktem, że między takimi kulomiotkami np. z ZSRR czy NRD jak N. Czyżową czy B. Harnagel wyglądałam trochę jak mikrus.

– Dlaczego więc takiemu mikrusowi udawało się czasami utrzeć nosa wyższym, potężniejszym rywalkom?

– Ogólna sprawność fizyczna, dopracowana technika rzutu, dynamika i szybkość w kole to moje atuty w tej sportowej rywalizacji. Plus oczywiście sumienna praca treningowa, tysiące ton żelastwa przerzucane na zajęciach.

– Ludwika Chewińska w zasadzie bezboleśnie przekroczyła trudną dla wielu granicę, co robić z sobą po zakończeniu kariery sportowej. Zostałaś belfrem, przekazujesz swoją wiedzę i sportową pasję młodzieży. Masz stale wiele energii, startujesz w zawodach mastersów, aktywnie uczestniczysz w piknikach olimpijskich, czy to jako uczestnik, czy gość honorowy. Organizujesz i fundujesz puchary dla najlepszych w corocznych zawodach w swojej pierwszej szkole, w Kazanicach. Pewno coś pominąłem, ale nie dziwię się, że tak aktywna Ludwika Chewińska otrzymała wyróżnienie w 41. konkursie „Fair play” za godne , aktywne życie po zakończeniu kariery sportowej.

– Staram się być aktywna, lubię spotykać się z ludźmi, młodzieżą, zachęcać ich do uprawiania sportu, a lekkoatletyki w szczególności. Wiem po sobie, że ruch dla zdrowia w każdym wieku jest wskazany. Jako sportowiec czuję się spełniona, ale nadal mam wiele werwy, energii, chęci do pracy. Mam uprawnie sędziowskie, więc sędziuje na zawodach lekkoatletycznych. mam też uprawnienia instruktora nordic walkinig, więc kiedy nie biegam, to spaceruję z kijkami, najchętniej po lesie. Działam w PKOl-u i  Stowarzyszeniu Sportu Kobiet. W obu organizacjach staramy się wspierać sportowców, którzy na skutek przypadków losowych, np. kontuzji, nie potrafią sobie do końca sami radzić w życiu.

– Ciebie mieszkankę Warszawy, coraz częściej można spotkać w Legionowie, także na parkrunowych imprezach w Jabłonnie. Służy Ci nasze powietrze?

– Spiritus movens mojej częstej bytności na terenie waszego powiatu jest Irena Koper, nauczycielka wychowania fizycznego legionowskiej SP nr 7. Ona też kocha sport, lekkoatletykę, próbuje od lat zachęcić młodzież do uprawiania sportu, a biegania w szczególności. Poznałyśmy się przed kilku laty sędziując zawody lekkoatletyczne i  jak sądzę polubiłyśmy się. Irena zaprosiła mnie na parkrun w Jabłonnie, na którym poznałam kolejnych pasjonatów biegania . Np. prezydenta Andrzeja Kicmana, który ostatnio ukończył Wieczorny Półmaraton Praski i swym wyczynem wprawił mnie w podziw. Wiem o ciekawych biegowych inicjatywach w Wieliszewie, Irena pokazała mi piękny legionowski stadion. Z ładną bieżnią, ukrytą skocznią, ale… bez kola do pchnięcia kulą. Trochę mnie to zasmuciło, bo już chodziło mi po głowie zorganizowanie takiego międzypokoleniowego konkursu z udziałem Pauliny Guby, Krystny Zabawskiej, mnie i  pewnie kogoś jeszcze innego. Przed dwoma lat razem z Ireną Koper zaprosiliśmy na spotkanie z młodzieżą do SP nr 7 Tomasza Majewskiego. Dwukrotny mistrz olimpijski w rozmowie z nami nie miał wątpliwości, że takie miasto jak Legionowo w swej ofercie sportowej powinno mieć także królową sportu, czyli lekkoatletykę. Popieram ten pomysł z powstaniem lekkoatletycznego MKS. Są ludzie z odpowiednimi kwalifikacjami, bazę można lekko zmodyfikować poprawić, a młodzież na treningi nie będzie musiała dojeżdżać do stolicy.

– Energii, zapału ale i jak widzę ciekawych pomysłów Ludwice Chewińskiej nie brakuje, zapytam więc wprost: czy mistrzyni sportu nie zamierza swojego doświadczenia, swojego życiowego optymizmu wykorzystać nie tylko na niwie sportowej. Chodzą słuchy, że….

– Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, ale jak widać trudno ukryć, że dostałam propozycję, aby w zbliżających się wyborach samorządowych wystartować jako kandydatka do sejmiku województwa mazowieckiego z ramienia Komitetu Wyborczego Bezpartyjnych Samorządowców. Jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji, chociaż żyłka do sportowej rywalizacji mi pozostała, a energii i zapału by jeszcze coś dobrego zrobić – nie brakuje.

Rozmawiał: Jerzy Buze

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *