Między Wschodem a Zachodem. Literackie poszukiwania Adama Hellera

2025-02-08 6:36:11

Z pisarzem, szefem legionowskiego wydawnictwa „I się wydało” – o zmianach w polskiej emigracji zarobkowej na Zachód, percepcji wojny w  Ukrainie i dobrodziejstwach cyfryzacji, a także o kondycji człowieka we współczesnej Europie rozmawiał Robert Żebrowski.

**Dlaczego przenosisz się ze Wschodu na Zachód?**

To proste: jestem szalony! Oczywiście, w grę wchodzi także moja ciekawość oraz fascynacja podróżami w czasie. A tak na poważnie, mam kilka powodów, dla których zdecydowałem się na przeniesienie na zachód Europy. Nie zamierzam wymieniać wszystkich, ale każdy z nich ma związek z moją pracą zawodową, zwłaszcza z prowadzeniem wydawnictwa „I się wydało” oraz zbliżającą się ogólnopolską premierą książki „Mrok Zachodu”. Duża część akcji tej powieści toczy się w Holandii, w środowisku polskiej emigracji ekonomicznej, dwadzieścia lat temu. Inspiracją do opisu tego środowiska były moje ówczesne doświadczenia, kiedy sam byłem emigrantem. Jak mógłbym oprzeć się takiej pokusie? Jako człowiek i pisarz, jak mógłbym nie wrócić w te miejsca po dwudziestu latach, aby spojrzeć na nie z innej perspektywy? Z perspektywy „podróżnika w czasie” mogę na nowo odkrywać te miejsca i porównywać je z moimi wspomnieniami. To fascynująca możliwość, aby zobaczyć, jak zarówno ja, jak i świat wokół mnie zmieniliśmy się.

**Czy dużo ludzi zostaje w Holandii na stałe? A może więcej wraca do Polski, bo się „dorobili”?**

Na dziesiątki, jeśli nie setki rozmów, które przeprowadziłem z emigrantami, głównie z Polski i Europy Wschodniej, spotkałem tylko jedną osobę, która przyjechała do Holandii z postanowieniem, by pozostać na stałe. Jej decyzja nie wynikała z biedy na Węgrzech ani z jakiegoś politycznego sprzeciwu. Była spowodowana duchem młodości i pragnieniem poznania świata „na własnej skórze”. To przywilej młodości, czyli coś, co doskonale rozumiem. Nie jest też tak, że oprócz tej jednej osoby wszyscy natychmiast po „dorobieniu” się wracają do swoich krajów. Spotkałem również wiele osób, które wpadły w szpony emigracji i dały się jej porwać. Nazywam ich „wiecznymi wędrowcami”. Zazwyczaj są to młodzi ludzie, od 20 do 30 lat, dla których Holandia jest tylko przystankiem, jednym z krajów w ich wędrówce. Niektórzy z tych młodych ludzi pracowali już w Niemczech, Norwegii, Belgii czy Szwajcarii, a teraz znajdują się w Holandii, ale już myślą o kolejnym kraju.

Zastanawiam się, co nimi kieruje. Nie jestem do końca pewny, ale bardzo możliwe, że uzależnili się od podróżowania po świecie w bardzo młodym wieku, w okresie dojrzewania. To swego rodzaju poznawcze uzależnienie. W razie problemów, które się pojawiają, rozwiązanie jest jedno: „Najwyżej zmienię kraj.” I ten kraj rzeczywiście zmieniają.

Reszta osób, które poznałem i z którymi rozmawiałem, pragnie jak najszybciej wrócić do swojego kraju. Reasumując, na 100 osób jedna chce zacząć od nowa życie w Holandii, 76 pragnie się dorobić i jak najszybciej stąd wyjechać, zapominając o tym kraju na resztę życia. 10 osób jest uzależnionych od wyjazdów, a reszta z tej setki przepadnie bez wieści. To smutny obraz, ale tak wyglądają losy emigrantów ze wschodu na zachodzie. Są też jednostki, wyjątki, osobliwości – ludzie, którzy przyjechali do tego kraju z tak przedziwnych powodów, niepojętych dla mnie, o tak zagmatwanych życiowych losach, że jedyne, co mogłem zrobić, to usiąść i pisać. Ale pozwól, że na razie nie zdradzę szczegółów. Ich postacie i historie rezerwuję na nową książkę, na nową powieść.

**Co różni polską emigrację zarobkową do Holandii sprzed 20 lat od obecnej?**

Mniej piją, mniej się bawią. Zastanawiałem się, czym jest to spowodowane. Z jednej strony, tak jak powiedziałem wcześniej, wynika to z dojrzałości, pragmatyzmu i odpowiedzialności. Może być też inna odpowiedź. Normy pracy zostały wyśrubowane, a efektywność zwiększona do tego stopnia, że po powrocie z pracy człowiek nie ma ochoty na nic, poza walnięciem się na łóżko i spaniem do następnego dnia, kiedy znów musi się obudzić i iść do pracy. Polacy się zmienili, tak samo jak Holendrzy, którzy niemal do perfekcji udoskonalili wykorzystywanie ludzkiej siły. Oczywiście, to wszystko okraszone jest pięknymi hasłami o rodzinie, tolerancji i innymi frazesami, w które tak naprawdę tutaj na dole – w produkcji, w magazynie – nikt nie wierzy w te slogany, budzą one raczej śmiech i frustrację.

Bardzo mnie natomiast cieszy, że po 20 latach zaszła wielka zmiana w zatrudnianiu Polaków. Znajdują pracę na wyższych, bardziej odpowiedzialnych stanowiskach. Kiedyś Polak pracujący na stanowisku wyższym niż zwykły „pastuch” był ewenementem. Dziś to norma (to takie małe zwycięstwo głównego bohatera mojej powieści „Mrok zachodu”). W fabrykach i magazynach, które miałem szansę zobaczyć, Polacy stanowią 60-70% pracowników. Reszta pochodzi ze wszystkich krajów Europy Wschodniej, a Holendrów praktycznie tu nie widać.

Nastąpiła jeszcze jedna zmiana – mogę śmiało powiedzieć, że to prawdziwa rewolucja! To rewolucja cyfrowa, która kompletnie zmieniła komunikację międzyludzką. Dopiero tu pojąłem i zrozumiałem jej znaczenie! Ujrzałem jej dobrą stronę cyfryzacji, choć do tej pory widziałem tę złą, kiedy algorytmy blokowały mnie w imię poprawności ideologicznej.

Pamiętam, jak to było, kiedy przyjechałem pierwszy raz do Holandii. Agencja pracy podała mi datę i adres, gdzie musiałem się pojawić, i to wszystko. Potem było już tylko gorzej. Na miejscu często okazywało się, że nikt nic o mnie nie wie, nie wie, jaka mam podjąć pracę, więc mimo chęci człowiek „odchodził z kwitkiem”. Nie było dla mnie łóżka, a ja zastanawiałem się, po co w ogóle im zawracam głowę, skoro jest niedziela. Koordynatorzy pracy, koordynatorzy zakwaterowania często nawalali, nie wykonywali swoich obowiązków, a taki prosty emigrant, jak ja, na tym cierpiał. Trzeba było nauczyć się odróżniania plotek, bungaloskich „spisków” i wytworów bujnej wyobraźni od prawdziwych, sprawdzonych informacji – na przykład, o której masz iść jutro do pracy. Tamte czasy, sprzed 20 lat, kojarzą mi się nieodzownie z informacyjnym chaosem w komunikacji pomiędzy pracodawcą, czyli agencją pracy tymczasowej, a tobą.

Dziś, zanim wsiądziesz w pociąg czy samolot, wszystkie informacje wyświetlają ci się na monitorze komputera czy smartfona. Wiesz, gdzie jedziesz, kto cię odbierze z lotniska czy dworca, jaką pracę będziesz wykonywać, w jakich warunkach, ile godzin tygodniowo. Praktycznie na żywo masz dostęp do informacji o tym, ile zarabiasz, ile przysługuje ci urlopu itp. To samo dotyczy zakwaterowania. Informacje te działają również w drugą stronę. Z technicznego punktu widzenia agencja wie o tobie wszystko i może to zweryfikować w jeden dzień – skąd jesteś, gdzie wcześniej pracowałeś, jakie masz kwalifikacje, czy byłeś karany, a także jaki masz numer stopy, potrzebny do zakupu dla ciebie roboczego obuwia. Wszystko to masz w telefonie w jednej aplikacji. Mogę śmiało napisać, że 80% nieporozumień, niedomówień, brak zaufania oraz teorie spiskowe były spowodowane brakiem odpowiedniej komunikacji pomiędzy pracodawcą a pracownikiem.
Jednak tak patrząc po pisarsku, z drugiej strony, to ten chaos był dla mnie jednym z filarów moich inspiracji w holenderskim wątku mojej książki. Teraz łapię się za głowę, jak wtedy udawało się agencjom pracy zapanować nad tysiącami ludzi – pracowników.

**Czy w Holandii dużo jest emigrantów z Ukrainy? Co przeciętny Holender myśli o Rosyjskiej agresji na Ukrainę?**

Co mnie zdziwiło i zaskoczyło, jest ich w Holandii niewielu, myślałem, że będzie tu więcej Ukraińców. Nie spotkałem ich praktycznie nigdzie – ani w fabrykach, ani w magazynach, ani na budowie. Może jestem przyzwyczajony do tego, że w Polsce jest ich bardzo dużo i wielu z nich pracuje. Choć Polacy mówią, jak zasłyszałem nieraz na ulicy, że Ukraińcy do ciężkiej pracy nie chodzą; ale to oczywiście tylko stereotypy i pomówienia. Jest ich w Polsce tak dużo, a to, co słyszę na ich temat, sprawia, że serce mi krwawi. Tu, w Holandii, nie spotkałem ani jednego Polaka, który pozytywnie wypowiedziałby się o Ukraińcach czy Ukrainie. Czasem odnosiłem wrażenie, że kiedy podejmuję ten temat, pojawia się prawdziwa nienawiść. Komuś to bardzo pasuje, ktoś wykonał kawał niezłej roboty, aby osiągnąć taki efekt – wzajemną nienawiść i ciągłą podejrzliwość między Polakami a Ukraińcami – pisałem o tym i przestrzegałem.

Jeśli chodzi o Holendrów i ich myślenie o wojnie w Ukrainie, to mają podobne nastawienie jak do wojen, które toczą się gdzieś na wyspach Bergamutach. Mało ich obchodzi Polska, a co dopiero Ukraina, Litwa czy Estonia. Dla nich to nie Europa. Ważne, aby był tani prąd i benzyna. Holendrzy mają swoje problemy, co jest widoczne codziennie na ulicach. Ja osobiście nie puściłbym żony ani córki samej na zakupy, czy do koleżanki po zmierzchu. To jest też pewnie jeden z czynników, który wpływa na to, że nikt z moich rodaków nie chce mieszkać tutaj na stałe.

Tutejsze elity mają poczucie, że wszystko, co ich otacza, im się należy, i że wszyscy powinni się zmienić, by dostosować się do ich wymagań. Ale narasta opór społeczny, który jest bardzo wyczuwalny, ludzie „z ulicy”, przeciętni Holendrzy, odchodzą od lewicowo-liberalnych haseł w stronę tych bardziej narodowych. Holendrzy to pragmatyczny i kupiecki naród, który przetrwa obecną zawieruchę. Kupiecki naród umie liczyć i handlować, tak jak Trump, więc o Holandię byłbym spokojny.

**A poziom życia i dochodów w Holandii i w Polsce? Porównywalne?**

Dupy nie urywa, ale można tu żyć wygodnie i godnie, niezależnie od tego, na który szczebel społecznej drabiny udało ci się wdrapać. Mówię oczywiście o „tubylcach”, a nie o migrantach, którzy przyjeżdżają tu bez niczego i próbują stanąć na nogi na nieznanym im gruncie.

Ale czy grunt, na którym dziś stoimy w Europie, jest komukolwiek znany? Od lat, od kiedy zająłem się pisaniem, staram się zrozumieć świat, w którym żyję, a przede wszystkim ludzi, którzy w nim żyją. W ciągu ostatniego roku byłem na wojnie wśród żołnierzy, tam, w Ukrainie, bywałem wśród elit, ale też tu na dole, skąd moje korzenie. To niezwykłe przeżycie, móc poznać trzy różne spojrzenia na tę samą ziemię, szczególnie w naszych czasach, kiedy sytuacja geopolityczna, kulturowa, ideologiczna rozwija się tak dynamicznie, niczym trzęsienie ziemi. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że czekają nas niewyobrażalnie głębokie przemiany; może to i lepiej dla nich.

Adam Heller i Izabela Stanek – autorzy książki „Mrok Zachodu”

Książka „Mrok Zachodu” autorzy: Adam Heller, Izabela Stanek

Wydawnictwo „I się wydało” Legionowo, 2024

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *