Starcie mrówki z walcem

2016-04-30 8:51:40

Z Jarosławem Kalinowskim, znanym legionowskim mecenasem, rozmawiamy o prawie, kabarecie, samodzielnej operacji wyrostka i wpuszczaniu robaków przez szparę.

 

– Gratuluję 25-lecia działalności adwokackiej. Jubileusze tego rodzaju są zawsze okazją do podsumowania dotychczasowych osiągnięć..
– Mam nadzieję, że na podsumowanie jeszcze trochę za wcześnie, bo nie zamierzam żegnać się z zawodem. W każdym razie było to dość burzliwe 25-lecie, chociażby z tego względu, że w Polsce zmienił się ustrój. Co prawda, jako adwokat zacząłem pracować w 1991 roku – już w wolnej Polsce, ale wcześniej, jeszcze za komuny, przez cztery lata byłem aplikantem adwokackim. Innymi słowy, zetknąłem się z prawem w dwóch systemach. Dodać do tego trzeba okres przejściowy, podczas którego modyfikowano przepisy, dostosowując je do nowej rzeczywistości.
Niestety, część z komunistycznych przepisów wciąż obowiązuje i to jest jedna z większych bolączek naszego systemu prawnego. Może zresztą dlatego, że bardziej zajmują się nim politycy, a nie prawnicy.
Ale wracając do początków – gdy zaczynałem pracę w Legionowie, w mieście było 5 adwokatów, w tym ja najmłodszy. Teraz jestem w trójce seniorów, a naszym rejonie działa ponad 30 mecenasów.
– Co właściwie zdecydowało o wyborze tego zawodu?
– Środowisko. Mój ojciec Piotr Kalinowski był przez wiele lat cenionym adwokatem w Pułtusku. Zakończył swoją pracę zawodową w wieku 78 lat. Jako adwokat pracował przez ponad 50 lat, tak więc całe moje nastoletnie życie toczyło się w świecie prawników. W gruncie rzeczy wybór tego fachu był właściwie czymś naturalnym; chyba nigdy nie miałem innych planów zawodowych.

– Zaraz, zaraz… Skądinąd słyszałem o całkiem poważnych zainteresowaniach artystycznych…
– Rzeczywiście. Dzisiaj może się to wydawać zabawne, ale w pewnym okresie musiałem wybrać między byciem artystą estradowym a prawem. Po studiach, w trakcie aplikacji adwokackiej, przez cztery lata zawodowo zajmowałem się kabaretem. Pisałem teksty i występowałem w legionowskim kabarecie „Pętla”, który działał w kulturze niezależnej. Jego członkami byli m.in. Artur Żmijewski – obecnie znany aktor, Piotr Nowotny, Dariusz Zawadzki i Krzysztof Turek. Działaliśmy w latach 1986-1990.

Kabaret Pętla - Paka, Kraków 1986. Od lewej Dariusz Zawadzki, Piotr Kuba Nowotny, Artur Żmijewski, Krzysztof Turek i Jarosław Kalinowski na pierwszym planie

Kabaret Pętla – Paka, Kraków 1986. Od lewej Dariusz Zawadzki, Piotr Kuba Nowotny, Artur Żmijewski, Krzysztof Turek i Jarosław Kalinowski na pierwszym planie

To były ciekawe czasy. Na ogół występowaliśmy w podziemiu, ale zdarzało się, że braliśmy udział w oficjalnych konkursach i wówczas nękała nas cenzura.
Między innymi mieliśmy zakaz cenzorski na występy w ówczesnych województwach krakowskim i nowosądeckim. Żeby było śmieszniej, nasze działania utrudniała pewna cenzorka z Krakowa, która dzisiaj uchodzi za bojowniczkę o wolność i demokrację. Tymczasem w tamtych latach nie zezwoliła nam na występy na jej terenie.
Po zakończeniu aplikacji musiałem zdecydować o przyszłości – kabaret czy prawo. Praca w zawodzie prawnika dawała większe szanse na pewniejsze, spokojniejsze, mniej stresujące życie statecznego adwokata, co – przynajmniej jeśli chodzi o stres – nie do końca okazało się prawdą. Zostałem też wybrany w pierwszych wolnych wyborach radnym w Legionowie – powaga prawnika i rajcy miejskiego zwyciężyła.
(mecenas Kalinowski był przez 12 lat radnym w Legionowie, pełnił szereg funkcji samorządowych m.in. był Przewodniczącym Rady Miejskiej – przyp. red.)

– Czy wiedza prawnicza przydawała się jakoś w branży artystycznej?
– Kiedyś znany legionowski zespół poezji śpiewanej „Orkiestra Teatru ATA”, z którym współpracowałem, miał koncert na festiwalu w Olsztynie. Cenzura wykreśliła część utworów m.in. „Pieśń Konfederatów Barskich” Juliusza Słowackiego(!). W oparciu o ówczesne przepisy zasugerowałem kolegom, by podczas koncertu zamiast „wyciętego” utworu  wskazać, że nastąpiła ingerencja cenzora – podając, jaką pieśń zakazano. Publiczność w tych momentach reagowała bardzo żywiołowo. Orkiestrze zagrożono represjami i wtedy zostałem oddelegowany na rozmowę z cenzorem. Tu ciekawostka – był nim późniejszy prezydent Olsztyna, oskarżany o gwałt i molestowanie.
Po mojej rozmowie i powołaniu się na odpowiednie przepisy sprawa ucichła, ale już więcej „ATY” do Olsztyna nie zaproszono.

– A czy z kolei doświadczenia estradowe przydają się na sali sądowej?
– Ze sceny na salę sądową przeniosłem kilka przydatnych umiejętności – zwalczanie tremy, sztukę występów publicznych czy improwizowanie, mam nadzieję, że dobrą dykcję – co w moim zawodzie jest niezbędne. Występy estradowe to była bardzo dobra szkoła. Niestety, na żadnym uniwersytecie prawniczym takich umiejętności  nie uczą.
– Podczas występów kabaretów czasami widać, że artystów często nakręca reakcja publiczności. Czy w sądzie jest podobnie?
– Prawdę mówiąc, więcej widzów miałem w kabarecie. W sądach, mimo jawności rozpraw, rzadko zdarzają się pełne sale.
Jeśli chodzi zaś o pełne sale podczas relacji telewizyjnych, to warto wspomnieć, że te przekazy dotyczą marginalnej liczby spraw, najbardziej nośnych medialnie. Codzienność pracy adwokata prowadzącego sprawy sądowe jest mniej widowiskowa: w sprawach karnych  są to oszustwa, kradzieże, pobicia, włamania, pijani kierowcy, w cywilnych to sprawy majątkowe, spadkowe, rodzinne…

– O co kłócą się ludzie?
– O wszystko. Czasami na spotkaniach prawniczych anegdotycznie przywołujemy – nie ujawniając oczywiście danych klientów – sprawy, które nas zadziwiły. Jedną z nich przywoływałem przez jakiś czas jako dziwo;  z urzędu broniłem w niej byłego męża oskarżonego przez byłą żonę, że przez szparę w drzwiach wpuszczał do jej pokoju robaki – pająki i  chrabąszcze, które szły w kierunku pokrzywdzonej.
– A wpuszczał?
– Był pewien problem. Żaden robak, czyli dowód rzeczowy, się nie zachował, bo – jak twierdziła pokrzywdzona – straż miejska odmówiła przyjęcia słoika z robakami. Dla świętego spokoju strażnicy złożyli jednak do sądu akt oskarżeniu o wykroczenie. Żartobliwie mogę powiedzieć, że odniosłem spektakularny sukces – mojego klienta uniewinniono, oczyszczając z zarzutu wpuszczania robaków.
Z kolei jeden z kolegów opowiadał o sprawie, którą też można nazwać perłą w koronie. Bronił on bowiem złodzieja oskarżonego o kradzież nówki-sztuki – wychodka drewnianego.
Warto przy tym pamiętać, że w tych z pozoru anegdotycznych sprawach, które z boku ocenilibyśmy jako zgoła kabaretowe czy nieistotne, też są emocje, przeżycia, nerwy, czasami łzy, więc do wszystkich trzeba podchodzić profesjonalnie i z powagą.

– Czasami adwokat broni człowieka, o którego winie są wszyscy przekonani. Czy w takich sytuacjach nie towarzyszy Panu uczucie dyskomfortu?
– To dylemat, z którym boryka się mój zawód od początku jego istnienia. Często zdarza się, że ktoś mnie pyta, jak mogę bronić jakiegoś gwałciciela, albo przestępcę innego rodzaju, na którego już wszyscy wydali wyrok. A właśnie na tym to polega, że obrońca  – być może jako jedyny na świecie – musi przyjąć, że oskarżony nie jest jeszcze na pewno winny. Obowiązkiem  obrońcy jest dążyć do tego, by przedstawić racje oskarżonego, argumenty, opis zdarzeń i działać w jego interesie.  Obecnie w dobie mediów elektronicznych opinia publiczna bardzo łatwo wydaje wyroki skazujące – często nie mając pojęcia o sprawie.
Dla potrzeb publicystycznych używam pewnego porównania: otóż państwo jest walcem drogowym, a człowiek mrówką na tej drodze, więc ktoś musi chronić tę mrówkę przed walcem. Nie zawsze się to udaje, ale próbować trzeba.
Państwo jest z natury rzeczy represyjne i swoje funkcje realizuje bardzo skrupulatnie, dlatego pomoc osób kompetentnych – adwokatów czy radców prawnych jest niezbędna.

– Często spotykam się z opiniami o nierzetelnych prawnikach, którzy dużo obiecują, a potem okazuje, że ludzie czują się oszukani…
– W każdej branży są lepsi, gorsi, uczciwi i nieuczciwi. Nie ma profesji, w której nie znalazłaby się czarna owca. Myślę, ze jednym z elementów, które potencjalny klient powinien brać pod uwagę jest długość funkcjonowania, opinie o danym profesjonaliście, jego sukcesy zawodowe. To wszystko składa się na szanse dobrego efektu w konkretnej sprawie.
Opinii można szukać w Internecie, który jest obecnie podstawowym źródłem informacji, choć jednocześnie też dezinformacji. Anegdotycznie powiem, że rozbawiła mnie strona internetowa pewnego początkującego mecenasa, który dopiero co zaczął karierę w naszych okolicach, a po pół roku działalności na jego stronie internetowej pojawiło kilkadziesiąt podziękowań za wspaniale przeprowadzone sprawy. Znając realia wiem, że gdyby nawet przyjął kilkadziesiąt spraw, to żadnej z nich w tym krótkim  czasie by nie skończył.
Trzeba podchodzić do takich „newsów” w sposób rozsądny, a z tym różnie bywa. Polskie społeczeństwo niechętnie korzysta z pomocy fachowców. Podstawowe pytanie klientów brzmi: – Czy do tej sprawy jest potrzebny mecenas?
Wówczas przywołuję anegdotę, zdarzenie z 1961 roku w Arktyce, kiedy to członek rosyjskiej ekspedycji naukowej lekarz Leonid Rogozow, sam sobie zoperował wyrostek. Operacja się udała, bo dla Rogozowa był to prosty zabieg, niemniej jednak ta prostota nie jest wystarczającym powodem, żeby samemu sobie rozcinać brzuch i w nim dłubać.
Mogę powiedzieć, że liczba klientów, którym nie można było pomóc, bo sami sobie zaszkodzili, nie zatrudniając fachowca, jest większa niż liczba klientów, którzy chcieli, by im pomóc. Jest wielu takich, którzy przychodzą już po tym, jak sprawę zepsuli, z prośbą, żeby ją jednak „odkręcić“.

– Czy po ćwierćwieczu pracy w zawodzie potrafi Pan jeszcze się cieszyć z pobytu na sali rozpraw?
– Oczywiście. Największą satysfakcję zawodową odczuwam wtedy, gdy widzę, że sąd – oprócz literalnego pojmowania czy też mechanicznego stosowania prawa – dostrzega za paragrafami człowieka. Cieszy mnie, gdy samo prawo przestaje być najważniejsze, bo przecież ważny jest też człowiek – jego emocje, przeżycia, problemy.
Moim zdaniem, prawo musi opierać się na takim właśnie pojmowaniu wymiaru sprawiedliwości. Można przecież napisać tysiąc kodeksów, ale one w żadnym momencie nie staną się sprawiedliwością. To ludzie kształtują wymiar sprawiedliwości.

– Sprawa, która utkwiła Panu szczególnie w pamięci…
– Wszystkie te, podczas których człowiek styka się z bezwzględną brutalnością, irracjonalną nienawiścią, złością, chęcią czynienia krzywdy.
Znamienne, że w Polsce występuje bardzo dużo przestępstw dokonywanych w kręgu rodzinnym, krzywdzone są dzieci, małżonkowie i to nie tylko kobiety, osoby starsze.

– W filmach amerykańskich często pokazuje się obrońców, którzy przeprowadzają różne eksperymenty, by udowodnić niewinność swoich klientów. Czy u nas też robi się takie rzeczy?
– Jesteśmy niestety skażeni wizją procesów w filmach amerykańskich, która znacznie odbiega od codzienności również w tamtejszych sądach. Gdy byłem w Stanach, miałem okazję zobaczyć, jak to działa. Podobnie jak u nas  często nad samym procesem biorą górę względy administracyjne, proceduralne;  przypadki znane ze słynnych filmów jak choćby „Dwunastu gniewnych ludzi“ pewno się zdarzają, ale niezbyt często. Jeśli zaś chodzi o eksperymenty w sądownictwie polskim, to są raczej wyjątkowe. Rzadko kiedy nawet okazuje się narzędzia zbrodni czy jakieś inne przedmioty lub dowody procesowe, które na ogół zalegają gdzieś w depozytach.
Co prawda, kiedyś przeprowadziłem eksperyment procesowy. Broniłem człowieka oskarżonego o dokonanie napadu na sklep GS-u w małej wsi pod Zamościem. Podczas tego napadu miał ukraść sprzedawczyni kilkaset tysięcy złotych, które rzekomo trzymała w swojej damskiej torebce. Z gazet naciąłem atrapy banknotów i przygotowałem pakiety o wielkości jak plik 10 tys. złotych. Powstała z nich wielka sterta i okazało się, że ta torebka musiałaby mieć wielkość sporego worka, żeby zmieściła się w niej ukradziona suma, rzekomo kilkusettysięczna. Jak się później okazało sprzedawczyni próbowała w ten sposób zatuszować duże manko.

– Czy ogląda Pan programy telewizyjne starające się przybliżyć widzom problematykę sądowniczą?  Czy przeciętny telewidz może z tych audycji wynieść cokolwiek, co pozwoli mu na zapoznanie się z naszymi obyczajami sądowymi i kulturą prawną?
– Nie. Za bardzo się denerwuję.

– A to dlaczego?
– Są one kręcone w formacie zachodnim, więc mają niewiele wspólnego z naszą rzeczywistością.
Żałuję, że w dzisiejszych szkołach nie ma spotkań z prawnikami, nie ma wizyt uczniów z gimnazjum czy liceum w sądach. Świadomość prawna jest ciągle powierzchowna, podręcznikowa, teoretyczna. Nie chodzi nawet o samo uczestnictwo w rozprawie, ale gdyby uczniowie mogli na kilkadziesiąt minut spotkać się z sędzią, który założyłby togę, pokazał w sali sądowej jak przebiega proces, porozmawiał z młodzieżą.
Z drugiej strony rzeczywisty obraz procesu karnego jest mało atrakcyjny. Pamiętam, jak uczestniczyłem w sprawie karnej, podczas której sąd w Legionowie wizytowała delegacja prawników rosyjskich. Na sali zasiadło 30 osób. Okazało się, że przez cztery godziny sąd czytał protokoły, więc rosyjscy delegaci dyskretnie wymykali się na zewnątrz. W końcu zostałem ja, protokolant, sędzia i prokurator.

– Jakie sprawy są najtrudniejsze?
– Te, których się nie wygrało. Dobry adwokat nie zapomina o sprawie z chwilą opuszczenia kancelarii, lecz bada dokumenty sprawy, analizuje przepisy prawne, orzecznictwo i  literaturę prawniczą. Prawnik, który nie uaktualnia wiedzy nie poradzi sobie w gąszczu przepisów, które nieustannie ulegają zmianie.
Inżynier Karwowski ze znanego serialu „Czterdziestolatek” powiedział w jednym z odcinków: – Jakbyśmy deski z budowy Dworca Centralnego ułożyli jedna za drugą, to by do księżyca sięgały.
Myślę, że również dzienniki ustaw z wprowadzonymi zmianami zajęłyby jakąś kosmiczną odległość.

– Dziękuję za rozmowę, życząc kolejnych 25 lat owocnej pracy.

Zbigniew Czarnecki

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *